Michał Stankiewicz

Zaczynał w Gazecie Wyborczej, a od 1999 r. dziennikarz „Rzeczpospolitej“. Od kilku lat związany też z TVN. Laureat wielu ogólnopolskich nagród, m.in. „Watergate“ Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Fundacji Batorego. Dwukrotnie nominowany do Grand Press, a ostatnio do Mediatorów. Pasjonat tenisa, dobrej muzyki oraz... psów rasy bokser. Założyciel i wydawca Prestiżu.

Gra o tron

Od ponad 20 lat dokonuję wyborów. Wyborów politycznych. Było ich sporo i zawsze związane były z moimi dość liberalnymi poglądami, czy to w sferze ekonomii, czy światopoglądu. I po każdym wyborze okazywało się, że wskazane przeze mnie ugrupowanie nie miało jednak woli i siły, by realizować swój program. Wciąż szukałem czegoś nowego, bo wciąż pojawiała się nadzieja. I tak w kółko. 

Równolegle do tego spojrzenia obywatelskiego pojawiło się dziennikarskie. Pozwalające oglądać politykę od środka.

Gdy w 1999 roku trafiłem o redakcji Rzeczpospolitej, rządziło AWS i UW, a premierem był Jerzy Buzek. Końcówka rządów była kiepska, mieliśmy sporo roboty. Afera goniła aferę. Jesienią 2001 stery władzy objął rząd Leszka Millera, który w następnym roku dokonał spektakularnego skoku na prywatną, największą w Europie Stocznię Szczecińską. Ten wielki holding zatrudniał 12 000 osób. Wpadł jednak w kłopoty z powodu opóźnień przy budowie prototypu skomplikowanego chemikaliowca. Konieczny był kredyt, poręczony przez państwo. Zarząd holdingu, w którym zasiadali jednocześnie najważniejsi jego właściciele rozpoczął więc rozmowy z rządem, które jednak się przedłużały. Mająca w budowie 17 statków i portfel zamówień na ponad 2 mld zł stocznia stanęła. Zniecierpliwieni stoczniowcy wyszli na ulice, a naprzeciw im wyszli ministrowie Leszka Millera. Szybko znaleziono winnych. Właścicieli stoczni. Wypadki potoczyły się błyskawicznie. Ówczesny szef MSWiA Krzysztof Janik na jednym ze stoczniowych wieców ogłosił rychłe aresztowanie członków zarządu, co szybko stało się faktem. Główni udziałowcy zostali zamknięci pod zarzutami działaniami na szkodę firmy. I gdy siedzieli w areszcie - rząd stoczniowy holding znacjonalizował. Tak więc od połowy 2002 roku Stocznia Szczecińska stała się państwową firmą.

Po wielu latach zarząd prywatnej stoczni został prawomocnie oczyszczony ze wszelkich zarzutów. Na uratowanie zakładu było jednak już za późno. W 2005 roku rządy w Polsce przejął PiS, a w 2007 PO. W 2009 roku kurcząca się państwowa Stocznia Szczecińska nie wytrzymała „fachowego” zarządzania przez obydwie partie i upadła. Do dzisiaj PO i PiS przerzucają się odpowiedzialnością kto więcej nawalił w tej sprawie, a 2 tys. akcjonariuszy dawnego, prywatnego holdingu walczy w sądzie o odszkodowanie od państwa, które ich zdaniem rozłożyło prywatną firmę. 

Pomijając program i wizję światopoglądową, sposób działania dwóch głównych bloków jest podobny. W imię dobra narodowego pochłaniają małe projekty. Robert Gwiazdowski, liberał i praktyk, uzyskał śladowe poparcie w tych ostatnich eurowyborach. Z trudem przeszedł Robert Biedroń z Wiosną, nie wszedł Adrian Zandberg z Razem. I rzecz nie w tym – czy ich programy są świetne czy nie. Chodzi o psucie demokracji, fundamentów społeczeństwa obywatelskiego. Paradoksalnie największy atak Wiosna dostała od otoczenia PO, także od bliskich jej mediów. Sygnał był jasny – nie ma miejsca na własne poglądy, czy wreszcie na realizację swojego programu. 

Obydwie strony nie przebierają w środkach. PiS od początku swojej kadencji do walki używa aparatu centralnego, całego rządu, podległych mu instytucji i gigantycznych budżetów. Ma też potężne media. PO i jej koalicjanci najpierw nieśmiało, a dzisiaj już z otwarcie sięgają po samorządy. Fantastyczna data 4 czerwca, kiedy Polska odzyskała wolność stała się okazją do politycznego przegrupowania. Wolność zeszła na drugi plan, a kontrolowane przez PO największe metropolie i województwa potwierdziły swoje gotowość do walki politycznej. Czeka nas więc konfrontacja – rząd kontra samorządy. Oczywiście za nasze pieniądze, bo ktoś przecież musi to wszystko utrzymywać.

Nie ma miejsca na oddolne, obywatelskie inicjatywy. Nie ma miejsca na solidne autorytety. Zamiast nich te same od lat twarze zmieniające tylko swoje stołki i które dają nam wybór: albo prokurator ze stanu wojennego albo I sekretarz KW PZPR w Skierniewicach. To jak w „Grze o tron” - ci sami bohaterowie przez całą sagę, tylko sojusze i konfiguracje ciągle inne.

Tylko, że HBO zakończyło już swój wieloletni serial. Ciekawe jak potoczy się u nas? 

Michał Stankiewicz

 

105
06/2019

Dzisiaj dziennikarstwo wymaga posiadania naklejki na czole, do którego plemienia należysz, a to się kłóci z dziennikarską ideą - mówi Beata Tadla.