Arkadiusz Hronowski

od 2001 roku zawiaduje sopockim SPATiF-em. Odpowiada za serwis muzyki niezależnej Soundrive.pl oraz festiwal muzyki alternatywnej Soundrive Fest. Jego ostatnie, najbardziej wyczekiwane dziecko to Klub B90 na terenie Stoczni Gdańskiej. Kolejne dziecko, które przyjdzie na świat niebawem to Browar Gdański Kulturalny. W wolnych chwilach trwoni czas w zespole The Stags, pisząc piosenki tylko miłości.

Sukcesu nie wybaczy Ci nikt

No tak, im człowiek ma więcej sukcesów, tym wrogów przybywa. To już wiemy i doświadczamy niemal każdego dnia. Każdy, kto odbiera jakieś nagrody, udziela wywiadu, otrzymuje awans w pracy i nie daj bóg zarabia więcej, staje się natychmiast cwaniakiem i członkiem układu. Sukces jest trudniejszy do udźwignięcia od porażki, wbrew pozorom.

Prestiż jest gazetą, którą czytają ludzie sukcesu, obawiam się jednak, że wśród nich są i czytelnicy, którzy - mam nadzieję tylko chwilowo - z konia spadli. Są też i tacy, którzy czytając Prestiż mobilizują się do działań, aby w jakiejś tam przyszłości być podmiotem wywiadu, przykładu, czy nawet zleceniodawcą reklamy na czwartej stronie okładki. Ale ma to i dobre strony. Bo nie wszyscy na wspomniany sukces są gotowi. Niektórzy, jako członkowie wielu stowarzyszeń gospodarczych, rad i klubów biznesu, płacą niemałe składki by czuć się częścią tej ważnej społeczności, by później otrzymać grad nagród i wyróżnień. To jest bardzo dobrze przemyślane nawet, bo przecież wszyscy beneficjenci tych nagród początkowo dobrowolnie i chętnie w to wchodzą, wręcz czekają na zaproszenie, by właśnie później te nagrody przyjmować. Właściwie nawet nie muszą się stresować, gdyż wiedzą jak wygląda kolejka i wystarczy tylko odczekać. 

A przecież nagradzanie, nawet to za kasę jest miłe i potrzebne. Mało tego, nikt nam za plecami szumu nie narobi, bo nikomu nie jest to na rękę. Problemy zaczynają się kiedy nagroda przyjdzie spoza kontrolowanego terenu. Nagle, szczerze za zasługi, przyznana przez szanowane i niezależne grono, a lista poprzednich laureatów jest jak napisy końcowe Ocean Eleven. Myślimy wtedy - ktoś nas naprawdę zauważył i docenił. Pierwsze uczucie jest bardzo miłe, prawie motyle w brzuchu. Czujemy jak rosną nam skrzydełka, jak wszystkie porażki stają się małymi potknięciami i zaczynamy widzieć sens i potrzebę swojej aktywności zawodowej. Zaczynamy mieć świadomość, że wyszliśmy z getta na prawdziwy salon. Salon, gdzie roczna składka o niczym już nie decyduje. Statuetka, dyplom i zdjęcie z Prezesem kapituły staną się ważniejsze od tych wszystkich „Firm Roku”. 

Nie zapominajmy jednak, że właśnie wyjechaliśmy z naszej dzielnicy do Paryża. I to nie na wycieczkę. Staliśmy się częścią prawdziwej elity i tego już nikt nam nie wybaczy. Bo kiedy wszyscy na dzielnicy słuchaliśmy AC/DC, wymienialiśmy się ich płytami, jeździliśmy na ich koncerty, zakładaliśmy w garażach własne kapele, wszystko było w porządku. Kiedy nasza kapela nawet zaczęła grać koncerty na mieście i potem jeszcze w kraju, to też było ok, bo wszyscy dobrze wiedzieli, że do tego dokładasz i nic z tego nie masz. Kilka wywiadów w niszowych gazetach, nawet wzmianka w znanym dzienniku też nie bolała, bo każdy wiedział, że to chwilowe i normalna kolej rzeczy. Dziś Ty, jutro ja. Przecież niemożliwym jest by nam coś wyszło więcej, bo nikomu nie wyszło z naszej dzielnicy. Dalej jesteśmy ziomami, spotykamy się na imprezach, pijemy piwo i chodzimy na koncerty swoich idoli. 

Ale kiedy nagle w naszym życiu następuje przełom, szansa, ten właściwy moment i zaczynamy umiejętnie z tego korzystać, opuszczamy nasze getto. Z braku czasu przestajemy regularnie się spotykać, zaczynamy mieć nowych znajomych i nawet jeśli staramy się utrzymywać rzadkie, ale jednak kontakty, powolutku zaczynamy być pomijani. Nasi kumple nie mogą znieść zamieszczonych na fejsie zdjęć z naszej garderoby, do której właśnie wpadł gitarzysta AC/DC. Nie rozumieją i wciąż nie wierzą, że Twoja twarz może znaleźć się na okładce zagranicznego magazynu, który kiedyś zdobywałeś jak pomarańcze na święta. Zaczynają Ciebie nienawidzić, obwiniać za swoje porażki, by w końcu oznajmić na fejsie, że jesteś dla nich już nikim. I nawet jeśli robią to w  sposób metaforyczny, to w sumie uznajmy to za ich prywatny wywiad ze sobą w jedynym medium, które daje im pewnego rodzaju spełnienie i choć parę lajków. 

Sukces jest gorszy od dostania wpierdziel na dzielnicy. Większość nie ma pojęcia jak potężnym przeciwnikiem jest ta sytuacja. Dlatego po otrzymaniu nagrody, wypieprzcie kwiaty natychmiast po wyjściu z budynku, statuetkę postawcie na strychu, żadnych zdjęć i komentarzy na fejsie, a będzie Wam dalej dane mieć kumpli na dzielni. Przecież oni nigdy w Szczecinie nie byli i nigdy nie dowiedzą się, że kiedy grasz tam koncert, to wcześniej Nosowska je z Tobą kolację. 

102
03/2019

Niespełna pięć lat temu stał na życiowym rozdrożu i zastanawiał się, czy zawodowa droga, którą obrał jest właściwa.