Michał Stankiewicz

Zaczynał w Gazecie Wyborczej, a od 1999 r. dziennikarz „Rzeczpospolitej“. Od kilku lat związany też z TVN. Laureat wielu ogólnopolskich nagród, m.in. „Watergate“ Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Fundacji Batorego. Dwukrotnie nominowany do Grand Press, a ostatnio do Mediatorów. Pasjonat tenisa, dobrej muzyki oraz... psów rasy bokser. Założyciel i wydawca Prestiżu.

Emocje kontra rozum

„Symetrysta”. Takie określenie ostatnio usłyszałem od znajomego. To był komentarz do mojego chłodnego stosunku do trwającej wojny polsko – polskiej. To fakt, nie udzielam się na facebooku, nie udostępniam lawinowo politycznych postów, nie wdaję się w dyskusje, nie obrażam się na nikogo, ani nie obrażam, unikam ideologicznych polemik, nie ogłaszam usuwania znajomych i nie korzystam z innych atrakcyjnych i radosnych form dawania upustu swoim emocjom. To co dzieje się naokoło obserwuję z pewnego dystansu, co nie znaczy, że jestem obojętny. Co więcej – jestem aktywny. Wykonuję swoją pracę dziennikarską na łamach „Rz”. Niezmiennie od 20 lat zgodnie z jedną zasadą – patrzenia władzy na ręce. Każdej. Akurat obecnie rządzi PiS, zatem na „tapecie” jest PiS. W „Rz” merytoryczne, analitycznie i krytycznie na chłodno analizujemy działania, wprowadzane regulacje i podejmowane decyzje. 

A politycy dalej prowadzą wojnę o władzę. Dzisiaj może ostrzej niż kiedyś, a może w sposób bardziej spektakularny. Spór o Trybunał? Sądy? Taśmy o spółce Srebrna i „Dwóch Wieżach”? Ośmiorczniki u sowy? To wszystko przede wszystkim spór o władzę, a nie o zasady. One nie są celem polityków. Od kilkunastu lat główną osią tej walki jest obóz PO-PiS, sławna niedoszła koalicja, która we wzajemnym uścisku zaszachowała i zabetonowała polską scenę polityczną. Obydwa ugrupowania systematycznie pożerają mniejsze partie i toczą ze sobą walkę, wymieniając się władzą. Ta walka jednak nie do końca jest totalna. Są kwestie, które je łączą. I to fundamentalne, a nie detaliczne - stosunek do kościoła, sprawa konkordatu, stosunek do aborcji, czy wreszcie merkantylny, drobny dowód porozumienia – kwota wolna od podatku. Oczywiście chodzi o kwotę wolną tylko dla posłów, znacznie wyższą niż dla obywateli. Tutaj trwały sojusz ponad podziałami jest niezwykle silny.

Coś się jednak zmieniło. I nie chodzi o polityków, ale media, które dzisiaj wpadły w zastawioną przez nich pułapkę. To, że jednym z motywów działania polityków jest walka o władzę to oczywista oczywistość. Taki jest sens polityki. Od zawsze. Polityce od dawna towarzyszyły media, których celem była kontrola władzy, czyli działanie na rzecz interesu publicznego. Jasne, że były wypaczenia, odchyły, sympatie i antypatie do danych opcji, ale wszystko mieściło się w pewnych granicach. Większość redakcji zachowywała obiektywizm i krytykowała tych co skręcają na boki.

Dzisiaj politycy nieoczekiwanie zyskali potężnych sojuszników. Wiernych, oddanych, a co ważne bardziej bezkompromisowych od nich samych. To dziennikarze. Coraz trudniej znaleźć media, które nie stanęłyby po jakiejkolwiek ze stron. Wydaje się, że liderem przekraczania granic przyzwoitości jest dzisiaj TVP. Nowi prezenterzy, dziennikarze informacyjni, zarówno z anten ogólnopolskich, ale i lokalnych stali się radykalniejsi od prawicowych polityków. To już wiemy. Gorzej jednak, że tą samą ścieżką podążają inne redakcje. Wyciąganie informacji z kontekstu, podbijanie zapalnych wątków, manipulacja – to już jest codzienność. Wyraźnie było to widać po tragicznych wydarzeniach w Gdańsku. O ile ci skłóceni politycy – przez tydzień zachowali się w miarę przyzwoicie to dziennikarze nie przerwali batalii. Warto było posłuchać godzinnego wywiadu z Piotrem Adamowiczem (chwała za to TVN24), bratem zmarłego prezydenta, który już po pogrzebie spokojnie opowiadał o wszystkim co się działo. Nie wiem ile sprostowań można by ułożyć po tym wywiadzie. Myślę, że sporo.

No i wreszcie zwykli wyborcy, którzy do wyrażania swoich opinii mają social media. Wyrażania, ale i ich słuchania. Nawet nie tyle co opinii, ale emocji. Internet, w szczególności social media to dzisiaj już chyba najostrzejsze pole bitwy. Oparte w większości na fake newsach, wrzutkach i manipulacjach. Z każdej strony politycznej barykady. Wciągające do siebie mnóstwo mądrych i na co dzień pokojowo nastawionych ludzi. Oduczające myślenia, za to uczące stadnych odruchów. Gdańska tragedia też to pokazała.

Co ciekawe social media weszły właśnie na celownik Unii Europejskiej. Najważniejsze organy i komisje uznały je jako jedne z największych zagrożeń dla wolności i demokracji. Unijne agendy uznały, że fałszywe informacje podbijane emocjami milionów użytkowników wpływają coraz częściej na destabilizację w kolejnych krajach UE. Ich ofiarą padła nie tylko Wielka Brytania (Brexit), ale także chociażby Hiszpania (kryzys w Katalonii). Teraz stawka toczy się o majowe wybory do Parlamentu Europejskiego. Dlatego w październiku ub. UE zmusiła platformy społecznościowe do podpisania kodeksu dobrych praktyk – m.in. likwidacji fałszywych kont, regulacji botów, przejrzystości logarytmów i totalnej walki z fałszywymi informacjami, o mowie nienawiści nie wspominając. Od tego roku co miesiąc platformy mają wysyłać raporty na temat postępów. W razie braku efektów UE zapowiada zmianę przepisów prawnych dla social mediów i sankcje finansowe. W tle są też plany wzmocnienia finansowego dla zdziesiątkowanych tradycyjnych mediów jako kontry oraz budowanie w całej Europie NGO-sów do walki z dezinformacją i hejtem w sieci. 

 

To będzie ciekawy rok.

 

Michał Stankiewicz

 

101
02/2019

Z wykształcenia jest rzeźbiarką, maluje też obrazy, ale największą satysfakcję daje jej pisanie. Ma na swoim koncie kilkanaście powieści i opowiadań.